Osiem godzin autem z czterolatkiem do dziadków
19 sierpnia 2026 5 minut czytania Autor: Radek

Z Olsztyna do Sanoka jest prawie sześćset kilometrów. Bez dziecka jadę to w sześć godzin. Z czterolatkiem w sobotę zajęło nam osiem i pół. Piszę od dziadków, na świeżo: jak zaplanowaliśmy postoje, co jechało na tylnym siedzeniu i co nas uratowało w czwartej godzinie.
Do Sanoka jeździłem przez lata sam, najpierw ze studiów, potem z budów na Warmii, w piątek wieczorem i z powrotem w niedzielę. Teraz jeździmy raz w roku latem i raz na święta. Od kiedy jest Julek, droga, która była po prostu długa, stała się wyprawą, którą trzeba zaplanować jak pracę na budowie: z harmonogramem, z rezerwą i z planem na awarię.
W sobotę wyjechaliśmy z Jarot o piątej rano. Na podwórku u dziadków byliśmy o 13:40. Osiem godzin i czterdzieści minut, z czego ponad dwie na postojach. Nikt nie płakał dłużej niż pięć minut, w tym ja.
Wyjazd o świcie
Najważniejsza decyzja: wyjechać tak wcześnie, żeby Julek przespał pierwszą część drogi. Zanieśliśmy go do auta w piżamie, z kocem i psem z jednym uchem, prosto z łóżka. Ubrania na dzień leżały na wierzchu torby. Zasnął, zanim wyjechaliśmy z Olsztyna, i spał prawie do Warszawy.
Te dwie i pół godziny to najspokojniejszy fragment całej trasy. Drogi puste, my z kawą z termosu, cisza. Rozmawialiśmy z żoną dłużej niż przez ostatni miesiąc w domu.
Fotelik ustawiliśmy tak, żeby oparcie było lekko odchylone, zgodnie z instrukcją. Nowy fotelik, o którym pisałem w tekście o zmianie fotelika, ma boczne zagłówki, na których głowa opiera się we śnie. W starym głowa opadała do przodu i Julek budził się po kwadransie.
Jedno ważne: w piżamie, ale bez grubego koca pod szelkami. Koc leżał na nim z wierzchu, po zapięciu szelek. Szelki muszą przylegać do ciała.
Postój co dwie godziny
Kiedy Julek się obudził, zaczęliśmy liczyć czas. Zasada, którą przyjęliśmy po zeszłorocznym wyjeździe: postój co dwie godziny, nie co trzy. Przy trzech godzinach Julek w ostatniej półgodzinie już marudził, a my odliczaliśmy kilometry do stacji. Przy dwóch zatrzymujemy się, zanim zrobi się źle.
Postój nie jest „na siku i jedziemy”. Trwa minimum dwadzieścia minut. Julek wychodzi, biega, skacze, wspina się na co się da. Na miejscach obsługi podróżnych przy drogach ekspresowych często są małe place zabaw. Jeśli nie ma, gramy w berka wokół ławki albo liczymy ciężarówki na parkingu. Do tego toaleta, jedzenie, picie, zmiana pieluchy dla psa z jednym uchem (zabawa Julka, nie moja).
Zrobiliśmy cztery postoje. Dwa długie, po pół godziny, z jedzeniem. Dwa krótsze. Za każdym razem mówiliśmy Julkowi wcześniej: „Za chwilę postój, jeszcze dwie piosenki”. Zapowiedź zmniejsza bunt przy wsiadaniu z powrotem.

Co jechało na tylnym siedzeniu
Na oparciu mojego fotela wisi organizer z kieszeniami, kupiony przed zeszłorocznym wyjazdem. W kieszeniach: kredki w pudełku z pokrywką, zeszyt do rysowania z twardą okładką (jako podkładka), książeczka z naklejkami wielokrotnego użytku, trzy małe autka, latarka, kubek z ustnikiem. Wszystko w zasięgu ręki Julka, żeby nie musiał prosić o każdą rzecz.
Najlepiej sprawdziła się rzecz najprostsza: rolka taśmy malarskiej. Julek naklejał paski na drzwi, odklejał, robił z nich drogi dla autek. Zajęło go to na czterdzieści minut. Taśma nie zostawia śladów na plastiku, przynajmniej w naszym aucie.
Przekąski wydawała żona z przodu, po kolei, nie wszystkie naraz. Każda zapakowana osobno: paluszki, jabłko w kawałkach, wafle ryżowe, ser w kostkach, kilka żelków na kryzys. Najpierw przekąska, potem rozmowa, a potem może zabawa.
Choroba lokomocyjna i kryzys w czwartej godzinie
Julek miewa chorobę lokomocyjną na krętych drogach. Na ekspresówce problemu nie było, ale ostatnie kilkadziesiąt kilometrów przed Sanokiem to drogi z zakrętami. Wcześniej rozmawialiśmy o tym z lekarką przy bilansie i ustaliliśmy, co możemy zrobić. Na wszelki wypadek mieliśmy worki, ręcznik, chusteczki nawilżane i komplet ubrań na zmianę w torbie przy drzwiach, a nie w bagażniku. Nie przydały się, ale gdyby się przydały, byłyby pod ręką.
Kryzys przyszedł w czwartej godzinie, jak rok temu. Julek miał dość fotelika, dość auta i dość nas. Płakał, kopał w oparcie, pytał co trzy minuty, kiedy będziemy. Uratowały nas trzy rzeczy. Wcześniejszy postój, bo do planowanego zostało pół godziny. Gra w szukanie autobusów i ciężarówek z naczepami. I bajki.
Bajki puściliśmy jednak za wcześnie, już w trzeciej godzinie, żeby zyskać chwilę spokoju. W szóstej godzinie nic go już nie interesowało, bo wszystko widział. Następnym razem zostawię bajki na ostatnie półtorej godziny, kiedy zmęczenie jest największe.
Inżynier w podróży
Żona twierdzi, że w każdej podróży zachowuję się jak inspektor na odbiorze. Komentuję zjazdy, oznakowanie, nowe ekrany akustyczne, łatane nawierzchnie. Na sześciuset kilometrach usterek było sporo. Julek przejął ode mnie zwyczaj i krzyczy „łata!”, kiedy auto podskakuje na nierównościach. Na drogach powiatowych pod Sanokiem krzyczał co minutę.
Przed wyjazdem: auto i trasa
Dzień przed wyjazdem zrobiłem przegląd auta jak przed odbiorem. Ciśnienie w oponach, płyn do spryskiwaczy, olej, światła. Zatankowałem wieczorem, żeby rano nie tracić czasu na stacji z Julkiem śpiącym w foteliku.
Trasę zaplanowałem z miejscami postojów co mniej więcej dwie godziny. Sprawdziłem w mapach, które miejsca obsługi podróżnych mają plac zabaw albo chociaż trawnik, a które to tylko parking dla ciężarówek. Zapisałem je w telefonie z kilometrami. Żona śmiała się, że mam harmonogram robót, ale w trzeciej godzinie jazdy to ona pierwsza zapytała, ile do „tego postoju z huśtawką”.
Fotelik Julka stoi za fotelem pasażera, nie za kierowcą. Żona, która siedzi z przodu, może się do niego odwrócić i podać mu coś bez wysiadania, a ja widzę go w lusterku. Przy długiej trasie to wygodniejsze niż za kierowcą.
Na miejscu
U dziadków Julek wyskoczył z auta i pobiegł prosto do ogrodu, gdzie dziadek od rana „naprawiał” starą taczkę, żeby wnuk mógł nią jeździć. Babcia postawiła na stole pierogi, choć była dopiero pierwsza. Ja położyłem się na kanapie i przez godzinę nie istniałem.
Wczoraj zrobiliśmy jednodniową wycieczkę na Słowację, z dowodem osobistym Julka w kieszeni. Pisałem o nim w tekście o dowodzie dla czterolatka. Nikt go nie sprawdzał. Wrócimy w sobotę, tą samą drogą. Wyjazd znów o piątej, bajki na koniec, postoje co dwie godziny. Dziadek zapowiedział, że na drogę da nam wiadro pierogów. Na kryzys w czwartej godzinie to może być najlepszy plan.
Niezbędnik na długą trasę
Nasz wynik
- Zadziałało:
- Wyjazd o piątej rano z Julkiem w piżamie - przespał pierwsze dwie i pół godziny.
- Nie zadziałało:
- Bajki puszczone za wcześnie, w trzeciej godzinie - w szóstej nie było już nic, co by go zainteresowało.



