Co robić z dzieckiem w deszczowy weekend
29 kwietnia 2026 5 minut czytania Autor: Radek

Prognoza na sobotę: deszcz od rana do wieczora. Na niedzielę to samo. Zamiast jechać do galerii handlowej, jak połowa Olsztyna, spróbowaliśmy przeżyć dwa mokre dni inaczej. Prawie się udało.
W piątek wieczorem sprawdziłem prognozę. Deszcz w sobotę od siódmej do dwudziestej, w niedzielę od ósmej do dwudziestej pierwszej, porywy wiatru. Żona miała w sobotę dyżur w bibliotece do czternastej, więc pierwsze pół dnia było moje. Ja, czterolatek, mieszkanie na drugim piętrze, w którym od miesiąca stoją jeszcze kartony po przeprowadzce.
Pierwsza myśl: galeria handlowa. Jest ciepło, jest plac zabaw, jest gdzie zjeść. Druga myśl: w deszczową sobotę jest tam pół miasta, a ja wracam z takich wypraw z bólem głowy i torbą rzeczy, których nie planowałem kupić. Postanowiliśmy spróbować bez galerii. Wyszło różnie, ale w sumie dobrze.
Mokry spacer przed śniadaniem
Najlepsza decyzja weekendu zapadła o wpół do ósmej. Julek obudził się jak zawsze w sobotę, czyli godzinę wcześniej niż w tygodniu. Zamiast włączać bajkę, ubrałem go w kalosze, spodnie przeciwdeszczowe i kurtkę z kapturem, sam założyłem stary płaszcz z budowy i wyszliśmy.
Na Jarotach po deszczu jest wszystko, czego potrzebuje czterolatek. Kałuże na chodniku przy pętli, rynny, z których leje się woda, ślimaki na trawniku, dżdżownice na ścieżce do parku. Liczyliśmy dżdżownice i przenosiliśmy je z chodnika na trawę. Doliczyliśmy do dwudziestu trzech. Potem Julek skakał po kałużach, aż woda weszła mu górą do kalosza.
Wróciliśmy po czterdziestu minutach. Mokrzy, głodni i zadowoleni. Ręcznik czekał w przedpokoju, ciepłe skarpetki na kaloryferze. Śniadanie Julek zjadł całe, co w sobotę nie jest normą. Do jedenastej bawił się sam, a ja rozpakowałem dwa kartony.
Klucz to ubranie. Spodnie przeciwdeszczowe na szelkach kupiliśmy w zeszłym roku na wyprzedaży i to najlepiej wydane pieniądze z całej garderoby Julka. Bez nich spacer w deszczu kończy się po dziesięciu minutach mokrymi kolanami. Kalosze są nowe, kupione tydzień wcześniej po mierzeniu stopy na kartce, z zapasem na grubą skarpetkę.
Biblioteka i autobus jako atrakcja
Koło jedenastej Julek zaczął chodzić po mieszkaniu w kółko. Znak, że trzeba wyjść znowu. Pojechaliśmy autobusem do filii miejskiej biblioteki, kilka przystanków od nas. Dla czterolatka, który zna numery wszystkich linii na Jarotach, przejazd autobusem w deszczu to atrakcja sama w sobie. Siadamy z przodu, żeby widział wycieraczki i kierowcę.
W bibliotece Julek ma swoją kartę, wyrobioną jeszcze na Zatorzu. Kącik dziecięcy był prawie pusty. Wybraliśmy sześć książek, w tym jedną o walcach drogowych, o której Julek mówi „książka o pracy taty”, choć walcem nigdy nie jechałem. Przeczytaliśmy dwie na miejscu, na pufach. Wypożyczenie nic nie kosztuje, a w filiach bywają też weekendowe zajęcia dla dzieci, warto sprawdzić harmonogram swojej.
Cała wyprawa trwała półtorej godziny. Wydaliśmy tyle, ile kosztują dwa bilety. Julek zasnął w autobusie w drodze powrotnej, czego nie robi od roku.

Popołudnie w domu: karton, stół i koc
Po południu żona wróciła z pracy, a deszcz nie przestał. W domu sprawdziły się trzy rzeczy.
Wielki karton. Po przeprowadzce mieliśmy karton po szafie. Wyciąłem w nim drzwi i dwa okna nożykiem, Julek pomalował go kredkami i flamastrami. Powstał dom z kominem, jak na jego rysunkach. Bawił się w nim dwie godziny, a potem przeniósł do środka poduszkę i swoje auta. Karton stał w pokoju do środy.
Tor przeszkód na podłodze. Poduszki z kanapy, koc rozłożony na dwóch krzesłach jako tunel, taśma malarska przyklejona na panelach jako „linia, po której się chodzi jak po moście”. Taśmę malarską łatwo odkleić i nie zostawia śladów, przynajmniej na naszej podłodze. Zrobiliśmy z tego wyścig na czas, mierzony w telefonie. Julek wygrywał zawsze, bo ja nie mieszczę się w tunelu.
Gra planszowa dla małych dzieci. Mamy dwie proste gry z kostką i pionkami. Julek uczy się czekać na swoją kolejkę i przegrywać. Na razie lepiej mu idzie to pierwsze.
Pieczenie ciasteczek nie wyszło. Pomysł był dobry, wykonanie gorsze. Julek chciał wsypywać mąkę sam, z wysoka. Udało się jedno ciasteczko w kształcie, który nazwał autobusem. Następnym razem wybierzemy coś, co nie wymaga wałkowania.
Niedziela, czyli plan B
W niedzielę padało tak samo. Rano powtórzyliśmy spacer, tym razem we trójkę i dłuższy, do lasu za osiedlem. W lesie deszcz słychać inaczej niż na ulicy, kapie z gałęzi, a ścieżki pachną mokrą ziemią. Julek szukał patyków „do budowania”. Przynieśliśmy do domu cztery. Jeden do dziś stoi w wazonie na parapecie.
Po obiedzie mieliśmy kryzys. Wszyscy troje mieliśmy siebie dość. Włączyliśmy bajkę na pół godziny i nikt nie czuł się z tym źle. Bez presji. Bajka to też narzędzie, tylko nie jedyne.
Potem zrobiliśmy jeszcze jedną rzecz, którą polecam każdemu: kąpiel w środku dnia. Wanna, piana, kubeczki, łódka z korka. Dla czterolatka kąpiel o czwartej po południu to święto. Dla rodzica czterdzieści minut siedzenia na brzegu wanny z kawą.
Wyprawy z celem, które nic nie kosztują
Odkąd mamy plan na mokre dni, zbieramy listę miejsc, do których można pojechać na godzinę, kiedy ściany zaczynają się zbliżać. Wszystkie są w zasięgu autobusu z Jarot i żadne nie wymaga biletu wstępu.
Sklep zoologiczny z akwariami to dla Julka małe oceanarium. Stoimy przy szybach po dwadzieścia minut, liczymy ryby w paski i szukamy ślimaka, który zawsze chowa się za tym samym kamieniem. Niczego nie kupujemy i nikt z obsługi nie ma nam tego za złe, przynajmniej na razie.
Pętla autobusowa to miejsce, w którym autobusy „odpoczywają”. Julek może patrzeć, jak kierowcy zmieniają tablice z numerem linii, i za każdym razem jest tym zachwycony. Myjnia samochodowa na stacji benzynowej działa podobnie: stoimy z boku i oglądamy, jak szczotki obracają się wokół cudzego auta. Raz pozwolono nam przejechać przez nią naszym, z Julkiem w środku. Do dziś mówi o tym „przejazd przez burzę”.
Dworzec kolejowy w deszczu jest ciepły, pełen zapowiedzi i pociągów. Kupujemy bułkę w piekarni na dworcu i siadamy na ławce przy peronie. Julek macha każdemu pociągowi, który odjeżdża. Pół godziny, zero złotych, a wieczorem opowiada o tym babci przez telefon.
Co zostało po tym weekendzie
Galerii nie odwiedziliśmy. Wydaliśmy kilka złotych na bilety i nic poza tym. Julek najchętniej wspomina dżdżownice, autobus i karton. Ja zapamiętałem, że najtrudniejsze były godziny między obiadem a kolacją, a nie poranki.
Na kolejne deszczowe weekendy mamy więc gotowy plan: wyjść rano, niezależnie od pogody, ubranym od stóp do głów. W środku dnia jedna wyprawa „z celem”: biblioteka, autobus, sklep z rybkami. Po obiedzie coś w domu, co da się zrobić we trójkę, i bez wyrzutów sumienia trochę bajki.
Galeria handlowa nie jest zła. Po prostu w deszczową sobotę jest ostatnią rzeczą, której potrzebuje mój system nerwowy. A kartony po przeprowadzce okazały się najlepszymi zabawkami, jakie kupiliśmy w tym roku. Choć kupowaliśmy je z zupełnie innym zamiarem.
Niezbędnik na mokry weekend
Nasz wynik
- Zadziałało:
- Spacer w deszczu przed śniadaniem rozładował Julka na cały poranek.
- Nie zadziałało:
- Wspólne pieczenie ciasteczek skończyło się mąką na suficie i jednym ciasteczkiem, które się udało.




