Jesienny spacer z dzieckiem. Kasztany, liście i nasz zielnik
7 października 2026 5 minut czytania Autor: Radek

Przedszkole poprosiło o kasztany na zajęcia plastyczne. Poszliśmy w sobotę do parku z jednym workiem, wróciliśmy z trzema, a do tego z liśćmi, żołędziami i pomysłem na zielnik. Opisuję nasz jesienny weekend, który nic nie kosztował i zajął całą sobotę.
W poniedziałek na tablicy w szatni zawisła kartka: „Prosimy o kasztany, żołędzie i ładne liście na zajęcia plastyczne. Do środy”. Julek przeczytał ją ze mną, to znaczy ja przeczytałem, a on obejrzał rysunek kasztana. W drodze do domu ogłosił, że przyniesie „najwięcej kasztanów w całym przedszkolu”. Mieliśmy więc plan na sobotę.
Jesienny weekend z czterolatkiem w Olsztynie nie wymaga biletów ani rezerwacji. Wystarczy park ze starymi drzewami, kalosze i worek. O deszczowych weekendach pisałem w kwietniu, w tekście o sobocie bez galerii. Tym razem pogoda była po naszej stronie: rano mgła, potem słońce i kilkanaście stopni.
Gdzie szukać kasztanów
Kasztanowce rosną w wielu parkach i alejach w mieście. Najwięcej kasztanów jest pod drzewami w mniej uczęszczanych miejscach, bo przy głównych alejkach dzieci zbierają je od samego początku września. My poszliśmy do parku w starszej części miasta, w którym jest kilka starych kasztanowców i dęby.
Julek zbierał kasztany do płóciennego worka. Te błyszczące, świeżo wyłuskane, i te jeszcze w łupinie z kolcami, które otwieraliśmy butem. Najlepsza zabawa: znaleźć łupinę, która sama pękła, i wydłubać kasztan palcem. Kolce kłują, więc pokazałem, jak to robić podeszwą.
Przy okazji rozmawialiśmy o tym, że kasztanów się nie je. Kasztany z kasztanowca, te, które dzieci zbierają w parkach, nie są jadalne i mogą zaszkodzić. Jadalne kasztany to inny gatunek drzewa i inne owoce. Dla czterolatka zasada jest prosta: kasztany są do zabawy, nie do buzi. Julek pilnował jej z zaangażowaniem, bo „pani tak powiedziała”, a pani w tej kwestii jest wyższą instancją niż tata.
Liście i żołędzie
Po kasztanach przyszła kolej na liście. Zbieraliśmy różne kształty i kolory: żółte klonowe, czerwone, brązowe dębowe, małe lipowe w kształcie serca. Julek wybierał najbardziej kolorowe, ja pilnowałem, żeby były suche i niepołamane. Mokre liście w książce pleśnieją.
Do tego żołędzie, z czapeczkami i bez. Julek uznał, że żołędzie z czapeczkami to „żołędzie w kapeluszach”, a te bez to „żołędzie, które zgubiły kapelusze”, i szukał czapeczek do pary. Znalazł do trzech. Reszta została bez kapeluszy.
Zbieranie zajęło nam dwie godziny. Po drodze był plac zabaw, termos z herbatą i bułki z masłem na ławce. Do domu wróciliśmy z trzema workami. Zdecydowanie najwięcej kasztanów w całym przedszkolu, przynajmniej według Julka.

Zielnik w grubej książce
Po obiedzie zrobiliśmy zielnik. Proste i stare jak świat: liście kładzie się między kartki gazety albo papieru do pieczenia, a całość wkłada do grubej, ciężkiej książki. My użyliśmy starej encyklopedii, którą dziadek przywiózł z Sanoka „dla wnuka”. Na wierzch położyliśmy jeszcze dwie książki. Po tygodniu, dwóch liście są suche i płaskie.
Julek codziennie otwiera encyklopedię i sprawdza, czy liście są „gotowe”. Kiedy będą, wkleimy je do zeszytu w kratkę, każdy na osobnej stronie. Pod liściem podpis: nazwa drzewa, data, miejsce. Zeszyt już czeka, a pierwsze strony mają gotowe rysunki: Julek narysował drzewa, z których liście spadły. Drzewa wyglądają jak jego słońca z dwunastoma promieniami, tylko zielone.
Nie wszystkich drzew byłem pewny. Rozpoznawanie liści to dla mnie wiedza z czasów szkoły podstawowej. Pomógł atlas drzew z biblioteki, a przy klonie i jaworze i tak nie byłem pewny. Napisałem „klon albo jawor”. Julkowi to nie przeszkadza.
Ludziki z kasztanów
W niedzielę ludziki. Kasztany, wykałaczki, plastelina, kawałki włóczki. Ludziki z kasztanów robi każde pokolenie i nie wymyślę tu nic nowego. Jedna rada: do zrobienia dziurek w kasztanach nie używajcie wiertarki. Użyłem. Kasztany pękały, a Julek uznał, że wiertarka jest dużo ciekawsza niż ludziki, i przez kwadrans chciał „wiercić wszystko”. Lepiej sprawdza się gruba igła albo szpikulec, a jeszcze lepiej świeże kasztany, w które wykałaczka wchodzi sama.
Powstała rodzina ludzików: tata, mama, Julek, babcia i walec drogowy. Walec był z trzech kasztanów i plasteliny. W poniedziałek pojechał do przedszkola w pudełku, razem z workiem kasztanów i liśćmi.
Kiedy nie ma czasu na park
Cała sobota w parku to luksus. W tygodniu, po przedszkolu, mamy godzinę do zmroku, a w październiku coraz mniej. Jesień da się jednak złapać także na osiedlu, w drodze z przedszkola do domu.
Pod naszymi blokami rosną klony i kilka lip. Liście spadają na trawnik i na chodnik, a dozorca grabi je w kupki. Kupka liści to dla czterolatka basen. Julek skacze w nie z rozbiegu, zanim zdążę powiedzieć „sprawdź, co jest w środku”. Teraz najpierw sprawdzamy patykiem, bo w kupce liści bywa wszystko: kamienie, szkło, to, co zostawiają psy. Potem skok.
Zabawa w kolory: kto pierwszy znajdzie liść czerwony, żółty, brązowy, zielony jeszcze. Zabawa w kształty: liść jak dłoń, liść jak serce, liść jak pióro. Zabawa w szelest: idziemy przez liście i słuchamy, kto szeleści głośniej.
Kasztany, które nie pojechały do przedszkola, mają w domu drugie życie. Wsypane do miski służą do przesypywania łyżką do kubków, liczenia, budowania z nich dróg dla autek i gry w kręgle z plastikowymi butelkami. Przy czterolatku robimy to przy stole i pod okiem dorosłego, bo kasztan to rzecz, która mieści się w buzi i w nosie. Julek wie, że nie, ale wiedzieć a pamiętać przy zabawie to dwie różne sprawy.
Po dwóch tygodniach kasztany wysychają, kurczą się i tracą połysk. Wtedy wracają do parku, pod drzewo, z którego przyszły. Julek uważa, że „idą do domu”.
Co zostało z soboty
Sobota w parku nie kosztowała nas nic, poza bułkami. Julek był na dworze przez większość dnia, zmęczył się, zasnął wcześniej i bez marudzenia. Do przedszkola zaniósł w poniedziałek worek kasztanów tak ciężki, że niosłem go ja. Pani podziękowała, a potem, kiedy Julek nie słyszał, zapytała, czy nie zostawiliśmy w parku czegoś dla innych dzieci.
Zostawiliśmy. Kasztanów w parku było jeszcze dużo. Na korkowej tablicy w przedpokoju wisi teraz rysunek dębowego liścia z podpisem „Julek, październik”. Okładka przyszłego zielnika, którą Julek chciał mieć „na widoku”. Pierwszy miesiąc w przedszkolu, o którym pisałem w tekście o pierwszym miesiącu, skończył się katarem. Pierwszy tydzień października skończył się kasztanami. Wolę ten drugi bilans.
Niezbędnik na jesienny spacer
Nasz wynik
- Zadziałało:
- Zielnik z liśćmi suszonymi w grubej książce - od soboty Julek codziennie sprawdza, czy liście są już „gotowe”.
- Nie zadziałało:
- Ludziki z kasztanów robione wiertarką - kasztany pękały, a Julek uznał, że wiertarka jest ciekawsza od ludzików.




