Od razu do czytania

Przedszkole

Pierwszy miesiąc w przedszkolu: co nas zaskoczyło

30 września 2026 5 minut czytania Autor: Radek

Przedszkolna szatnia z kolorowym plecakiem, kurtkami na wieszakach i żółtymi kaloszami na półce

Było trochę łez w szatni, jeden katar, zgubione kapcie i piosenka o jeżu śpiewana przy każdym posiłku. Po miesiącu w nowym przedszkolu spisuję, co nas zaskoczyło, co pomogło i co ułatwiło codzienność całej naszej trójce.

Miesiąc temu, pierwszego września, Julek wszedł do szatni nowego przedszkola, znalazł szafkę z autobusem i pomachał mi bez oglądania się. Trzeciego dnia płakał tak, że pani wzięła go na ręce, o czym pisałem w tekście o płaczu w szatni. Od drugiego tygodnia jest spokojniej. Dziś, po czterech tygodniach, siedzę wieczorem z kartką i spisuję, co nas zaskoczyło. Bo zaskoczyło sporo, choć myśleliśmy, że po roku w punkcie przedszkolnym nic nas już nie zdziwi.

Zmęczenie, którego się nie spodziewaliśmy

Punkt przedszkolny na Zatorzu był mały: czworo dzieci, jedna sala, cisza. Nowe przedszkole to kilkanaście czterolatków w grupie, kilka grup w budynku, hałas w szatni, wspólna jadalnia. Julek wracał zmęczony jak po całym dniu na wsi. W pierwszych dwóch tygodniach zasypiał w aucie w drodze z przedszkola do domu, choć ta droga trwa pięć minut piechotą, a jechaliśmy autem tylko w deszczu.

Wieczorami był marudny, płakał z byle powodu, chciał być noszony. Pani z grupy uprzedziła nas, że tak bywa. Dziecko cały dzień się pilnuje, a w domu puszcza. Przesunęliśmy zasypianie o kwadrans wcześniej i przez cały wrzesień nie zapisaliśmy go na żadne zajęcia dodatkowe. Popołudnia były wolne: plac zabaw, rysowanie, kąpiel. Dopiero pod koniec miesiąca zmęczenie zaczęło mijać.

Je zupę

Julek w domu zupy je rzadko, i to tylko pomidorową. W przedszkolu, jak się dowiedzieliśmy z jadłospisu i od pani, je zupę codziennie. Każdą. Nawet ogórkową. W domu na pytanie, czy jadł zupę, odpowiada: „W przedszkolu się je zupę”. Jakby to była zasada fizyki, a nie wybór.

Nie wiem, czy to sprawa towarzystwa przy stoliku, czy głodu po zabawie na dworze, czy tego, że w przedszkolu nikt nie pyta, czy ma ochotę. Pewnie wszystkiego naraz. Spróbowaliśmy w domu zupy jarzynowej. Zjadł pół talerza. Mówi, że „w przedszkolu lepsza”. Żona nie skomentowała.

Opowieści przychodzą wieczorem

Zaraz po odbiorze Julek nie opowiada nic. Na pytanie „co robiłeś w przedszkolu?” odpowiada „nic” albo „bawiłem się”. Przez pierwszy tydzień myślałem, że Julkowi się tam nie podoba. Potem zauważyłem, że opowieści przychodzą później: przy kąpieli, przy wieczornych książkach, w ciemności po zgaszeniu światła. Wtedy dowiaduję się, że kolega z grupy ma buty, które świecą, że pani czytała książkę o jeżu, który zgubił drogę, że na dworze znaleźli żuka.

Teraz nie pytam po odbiorze. Pytam przy kąpieli i nie o „co robiłeś”, tylko konkretnie: „Kto dziś siedział obok ciebie przy obiedzie?”. „Co było najśmieszniejsze?”. Działa.

Dziecięce rysunki kredką przypięte do tablicy korkowej w przedszkolu
Dziecięce rysunki kredką przypięte do tablicy korkowej w przedszkolu

Piosenki i nowe słowa

Julek przynosi z przedszkola piosenki. Piosenka o jeżu, piosenka na dzień dobry, piosenka przed jedzeniem, którą teraz śpiewa w domu przy każdym posiłku. Także przy kanapce o szóstej rano, kiedy ja chcę tylko kawy. Przynosi też słowa. „Dyżurny” (w grupie co dzień jedno dziecko rozkłada łyżki). „Leżakowanie”. I jedno słowo, którego w domu nie używamy, a które usłyszał od starszych dzieci na placu. Rozmawialiśmy o nim. Na razie skutecznie.

Zgubione kapcie

Mimo naszywki z imieniem na pięcie i przypinki z autobusem, o których pisałem w tekście o pakowaniu do przedszkola, w drugim tygodniu kapcie zniknęły. Wróciły po trzech dniach, znalezione w szafce innego dziecka. Przypinka z autobusem odpadła, imię zostało. Gdyby nie imię, nie wróciłyby wcale. Przypinkę przyszyłem.

Pierwszy katar w trzecim tygodniu

Wszyscy nas uprzedzali i wszyscy mieli rację. W trzecim tygodniu Julek wrócił z katarem. Dwa dni w domu, potem znowu w przedszkolu. Na razie jeden katar, bez gorączki. Wiem, że to dopiero początek jesieni, a w grupie kilkunastu czterolatków katar krąży jak piłka. Dobrze, że babcia z Dobrego Miasta przyjechała na te dwa dni i nie musieliśmy brać zwolnienia.

Grupa rodziców w telefonie

Tego się nie spodziewałem: grupa rodziców w komunikatorze. W pierwszym tygodniu dostałem kilkaset wiadomości. Kto zgubił czapkę, kiedy zebranie, czy ktoś ma zapasowe rękawiczki, zdjęcia kasztanowych ludzików, zbiórka na prezent dla pań, zbiórka na teatrzyk, pytanie o składkę na radę rodziców. Wyciszyłem grupę i czytam raz dziennie, wieczorem. Ważne rzeczy przedszkole i tak wysyła przez dziennik elektroniczny.

O składkach i opłatach napiszę osobno, bo sam musiałem policzyć, ile kosztuje publiczne przedszkole, które z założenia jest bezpłatne przez pięć godzin.

Pierwsze zebranie

W drugim tygodniu września było pierwsze zebranie z rodzicami. Poszedłem ja, bo żona miała tego dnia dyżur w bibliotece. Zebranie trwało godzinę, w sali Julka, na małych krzesełkach, na których dorośli siedzą z kolanami pod brodą.

Panie przedstawiły plan roku: tematy na kolejne miesiące, uroczystości (pasowanie na przedszkolaka, jasełka, Dzień Babci i Dziadka, festyn na koniec roku), zasady przyprowadzania i odbierania dzieci. Upoważnienia do odbioru trzeba złożyć na piśmie. Babcia z Dobrego Miasta dostała je od razu, z numerem dowodu, bo bez tego pani nie wyda jej Julka.

Wybraliśmy trójkę grupową, czyli trzech rodziców, którzy reprezentują grupę w radzie rodziców i zbierają składki. Nie zgłosiłem się. Mam już jedno zebranie tygodniowo w pracy.

Najważniejsze dla mnie było to, co panie powiedziały na koniec: o wszystkim, co niepokoi, mówić od razu, przy odbiorze albo przez dziennik elektroniczny, a nie czekać do następnego zebrania. Skorzystaliśmy z tego już dwa razy, przy zgubionych kapciach i przy dniu, w którym Julek wrócił smutny, bo kolega nie chciał się z nim bawić. Następnego dnia pani sama podeszła i powiedziała, że już się bawią.

Co ułatwiło nam codzienność

Najbardziej pomogło to, co przygotowaliśmy w wakacje: plan poranka z obrazkami, ubrania wybrane wieczorem, szyfr przy drzwiach sali. I to, że przedszkole jest pięć minut od domu. W deszczu, z plecakiem, z zaspanym czterolatkiem, te pięć minut to ogromna różnica w porównaniu z autem na Zatorze.

Pomogła też rozmowa z paniami. Nie długa, kilka zdań przy odbiorze. Kiedy Julek miał gorszy dzień, pani sama mówiła, co się stało. Kiedy miał lepszy, też. Po miesiącu Julek mówi o przedszkolu „moje przedszkole”. Rano biegnie do szafki z autobusem. A wczoraj przy kąpieli oznajmił, że w przedszkolu jest lepiej niż w domu, bo „jest zupa i są koledzy”. Przyjąłem to z godnością. Zupę ugotuję w sobotę.

Niezbędnik przedszkolaka

Nasz wynik

Zadziałało:
Spokojne popołudnia bez dodatkowych zajęć przez cały wrzesień - Julek miał czas, żeby odreagować.
Nie zadziałało:
Pytanie „co robiłeś w przedszkolu?” zaraz po odbiorze - odpowiedź zawsze brzmiała „nic”.