Zajęcia adaptacyjne w przedszkolu. Czy iść i jak to wygląda
10 czerwca 2026 5 minut czytania Autor: Radek

Przedszkole, do którego Julek idzie od września, zaprosiło nowe dzieci na trzy popołudnia adaptacyjne w czerwcu. Byliśmy na wszystkich. Opisuję, co się na nich działo, po co tam iść i co z nich wynieśliśmy jako rodzice.
Zaproszenie przyszło mailem w połowie maja, a kartka z tym samym tekstem wisiała w holu przedszkola. Trzy popołudnia w pierwszej połowie czerwca, od piętnastej do szesnastej, dla dzieci przyjętych od września i ich rodziców. „Prosimy o kapcie i dobry humor” - tak kończyło się zaproszenie. Kapcie mieliśmy.
O zajęciach adaptacyjnych słyszałem różne zdania. Jedni rodzice mówią, że to podstawa i bez nich wrzesień to dramat. Inni, że dziecko i tak nie zapamięta trzech godzin z czerwca. Byliśmy na wszystkich trzech. Wszystkie trzy były zupełnie inne.
Po co w ogóle iść
Julek nie jest nowicjuszem. Od września chodzi do małego punktu przedszkolnego na Zatorzu, ma tam swoją panią, trzech kolegów i salę, którą zna na pamięć. Wydawało mi się, że przejście do nowego przedszkola to dla niego drobiazg. Żona była innego zdania. Uważała, że Julek bardziej niż „przedszkola w ogóle” boi się nowych miejsc i nowych dorosłych. Zajęcia adaptacyjne miały być oswojeniem miejsca, zanim zostanie w nim sam.
Dla nas, rodziców, było jeszcze jedno: zobaczyć przedszkole od środka, poznać panie z grupy i usłyszeć, jak wygląda dzień. O rekrutacji pisałem w tekście o potwierdzaniu miejsca, ale lista przyjętych nie mówi nic o tym, gdzie dzieci wieszają kurtki, kiedy jedzą i czy można przynieść swoją przytulankę.
Zajęcia adaptacyjne nie są obowiązkowe. Przedszkole organizuje je, bo chce, nie dlatego, że musi. Nie każde je robi. Jeśli twoje nie robi, zapytaj, czy możesz przyjść z dzieckiem na krótki spacer po budynku albo na plac zabaw w godzinach popołudniowych. Wiele placówek się zgadza.
Pierwsze popołudnie: za blisko
Na pierwsze spotkanie przyszło kilkanaście dzieci z rodzicami. Sala czterolatków, kolorowa, z kącikami: kuchnia, klocki, książki, auta. Panie przywitały się z każdym dzieckiem po imieniu, miały listę. Julek trzymał mnie za rękę i nie puszczał. Usiadł mi na kolanach i obserwował.
Przez pół godziny siedziałem z nim na małym krzesełku, z kolanami pod brodą, i namawiałem: „Zobacz, auta. Idź, zobacz”. Nie poszedł. Pani prowadząca zajęcia zaprosiła dzieci do koła, do piosenki z pokazywaniem. Julek patrzył z moich kolan. Pod koniec poszedł do kącika z autami, ale ze mną.
Wyszedłem z przekonaniem, że to porażka. Żona, która przyszła prosto z pracy na ostatni kwadrans, uznała odwrotnie: Julek był w nowym miejscu godzinę, nie płakał i bawił się autami. Dla niego to sukces.
Drugie i trzecie: krzesło pod ścianą
Na drugim spotkaniu pani zaproponowała rodzicom krzesła pod ścianą sali. Dzieci w środku, rodzice z boku, w zasięgu wzroku. Usiadłem i postanowiłem nic nie robić. Nie namawiać, nie podprowadzać, nie komentować. Julek najpierw stał przy mnie. Po kilku minutach poszedł do kącika z klockami, bo tam był chłopiec budujący garaż. Wrócił do mnie dwa razy, raz z pytaniem, czy może się napić, raz żeby pokazać klocek.
Na trzecim spotkaniu nie wracał w ogóle. Siedział przy stoliku i lepił z plasteliny „walec dla taty”. Na koniec pani pokazała dzieciom szatnię, ich znaczki na szafkach i łazienkę z małymi umywalkami. Julek dostał znaczek z autobusem i uznał to za dowód, że przedszkole jest dla niego.
Różnica między pierwszym a trzecim popołudniem nie była zasługą przedszkola ani moją. Julek po prostu potrzebował trzech razy, żeby miejsce stało się znane. Gdybyśmy poszli tylko na pierwsze, wróciłbym przekonany, że wrzesień będzie bardzo trudny.

O co zapytaliśmy panie
Po trzecim spotkaniu było kilka minut na rozmowę z nauczycielkami. Mieliśmy przygotowane pytania, zapisane w telefonie, żeby nie wymyślać w pośpiechu.
- Jak wygląda pierwszy tydzień? Czy rodzic może zostać w szatni albo w sali przez pierwsze dni? U nas pierwsze dni są skrócone, a rodzic może zostać krótko w szatni, ale nie w sali.
- Czy dziecko może przynieść przytulankę? Może, na leżakowanie i na pierwsze tygodnie, potem przytulanki „śpią w szafce”.
- O której jest obiad i czy dzieci leżakują? Czterolatki odpoczywają po obiedzie na leżakach, ale nie wszystkie śpią. Nikt nie jest zmuszany do spania.
- Jak przedszkole informuje o tym, co się dzieje w ciągu dnia? Tablica w szatni i wiadomości przez elektroniczny dziennik.
- Co zrobić, kiedy dziecko płacze przy rozstaniu? Pani powiedziała coś, co zapamiętam: pożegnać się krótko, powiedzieć, kiedy się wróci, i wyjść. Nie wracać po trzech minutach, bo wtedy rozstanie zaczyna się od nowa.
Między spotkaniami, w domu
Trzy popołudnia w przedszkolu to jedno, a to, co się działo w domu między nimi, okazało się równie ważne. Po pierwszym spotkaniu Julek przez cały wieczór bawił się w przedszkole. Ustawił pluszaki w kole, sam był panią i śpiewał im piosenkę z pokazywaniem, którą usłyszał tego dnia. Pies z jednym uchem nie chciał tańczyć, więc „musiał posiedzieć na krzesełku pod ścianą”. Zrozumiałem wtedy, skąd Julek wziął pomysł na krzesło pod ścianą.
Z biblioteki przynieśliśmy dwie książeczki o pierwszym dniu w przedszkolu. Wybraliśmy takie, w których dziecko trochę się boi, a potem coś mu się podoba, bez lukru i bez straszenia. Czytaliśmy je wieczorami, ale nie codziennie, żeby temat nie urósł do rangi wielkiego wydarzenia.
Na spacerach przechodziliśmy obok przedszkola. Pokazywałem Julkowi okna jego przyszłej sali, plac zabaw i drzwi, przez które będzie wchodził. Raz zatrzymaliśmy się przy płocie, kiedy dzieci z najstarszej grupy wychodziły na dwór. Julek patrzył na nie tak, jak patrzy na autobusy przegubowe. Z podziwem i lekkim niedowierzaniem, że ktoś może być taki duży.
Staraliśmy się nie obiecywać za dużo. Nie mówiliśmy, że w przedszkolu będzie „super” i „najfajniej na świecie”. Mówiliśmy, że będą zabawki, dzieci, panie, obiad i plac zabaw. Że czasem będzie wesoło, a czasem nudno. Jak w życiu.
Co zrobiliśmy po zajęciach
Po każdym spotkaniu szliśmy na plac zabaw przy przedszkolu, ten ze zjeżdżalnią, którą Julek oglądał przez płot od kwietnia. Bez pośpiechu, bez zakupów po drodze. Chcieliśmy, żeby przedszkole kojarzyło się z czymś przyjemnym, a nie z pośpiesznym wyjściem do auta.
W domu nie wypytywaliśmy go o wszystko. Pytania typu „i jak było?” zwykle dają odpowiedź „dobrze”. Lepiej działało: „Co było najśmieszniejsze?”. Po trzecim spotkaniu usłyszałem, że najśmieszniejsze było to, jak chłopiec od garażu kichnął na plastelinę.
Odbiór bez usterek się nie zdarza i ten czerwcowy też miał swoje. Nie wiem, jak będzie we wrześniu. Wiem, że Julek zna już salę, szatnię, swój znaczek z autobusem i jedną panią z grupy. Zrobiłem zdjęcie jego szafki, z kapciami w środku. Pokażę mu je pod koniec sierpnia, przed pierwszym dniem.
Niezbędnik na dni adaptacyjne
Nasz wynik
- Zadziałało:
- Drugie i trzecie spotkanie, kiedy siedziałem pod ścianą i nie wtrącałem się do zabawy.
- Nie zadziałało:
- Pierwsze spotkanie, na którym przez pół godziny trzymałem Julka na kolanach, bo myślałem, że tego potrzebuje.



